- Takiego finału się nie
spodziewałem - podjął po chwili Leszek. - I chyba nikt z nas, proszę pana.
Szura Riebakow wszystkich nas zaskoczył. Pracował w piekarni pięć lat i
wydawało się, że tu się zadomowił. Tak przynajmniej twierdził. W ostatnim
dniu przed swoim zniknięciem wyznał mi na baczność: "Ja Was lublu, ťbasŤ,
i nikogda nie opuszczu.
Myślę, że to było szczere.
Jednocześnie jednak w duszy jego walczyły dwa sprzeczne żywioły. Własny
i cudzy...
- Czyj?
Jego żony Zoricy. Był od
niej w pełni uzależniony. Jak narkoman.
Zorica miała nad Szurą magiczną
moc. Wielokrotnie chciał się od niej uwolnić. Uciec w kibini matieri -
jak mawiał-i nie mógł. Krył się, zmieniał adres, wszystko na nic. Zawsze
go dopadła. Jeden telefon wystarczał. Riebakow tracił wolę, zmieniał zdanie,
stawał na baczność i jak zaczarowany spełniał każdy jej rozkaz. Posłusznie
wracał do domu. Czegoś podobnego nie widziałem. Po co ty do niej idziesz?!
- wołaliśmy. "Nu, mnie nado" - odpowiadał złamany - Ale po co? - "Kazała"...
Czy ty jesteś jej pachołek?
Baran na sznurku?! -klarował raz Szurze Kuba. Jak można tej ruskiej cipie
tak ulegać?! - dziwił się. - Niby kozak i gieroj, a baba kiwnie palcem
i on już leci w podskokach.
- Bo Zorica...
- Co Zorica? Caryca?!
- Nu, du - przyznał ze skruchą.
- Zaczarowała go, wiedźma!
On jej wierzy, panowie. W tym sęk. Przedtem wierzył partyjnej wierchuszce,
a teraz jej. Tragedia - westchnął Żywiec. I obyś ty chociaż ją kochał,
tumanie! Ale sam mówisz, że jej nie kochasz!
- Absolutno niet, Mark.
Nienawiżu jejo! - potwierdził Szura. - No, więc what is a problem?!
- Nie magu wojewat' z Zoricoj...
- Bo co?
- Bo wsio urwał z
lękiem.
- Wolisi wegetowuć pod jej
spódniczka Wolisz? Mów!
- "Wolu - szepnął pod nosem.
- To siedź, dupo! I gazduj!
Jak człowiek radziecki woli kiecki, niech ma! Co mu bronisz, Marek?! -
zawołał Kuba z Głodówki.
- Wait u moment, Kuba! Ja
z nim gadam. Nic wtrącaj sio - powstrzymal go Żywiec.
- Okay. Szczęść ci Boże,
baca - rzucił Kuba.
- Ja pod jubkoj jejo żywoj.
Dyszu, Mark - tłumaczył mu Szura.
- A tu zdychasz?!
- Nu, da - odparł z przekonaniem.
- Ona mienia tiepier wylańcza. To demon Mark! Prawdziwy demon! Kak zachoczet,
to wsio możet. Ja bobu znaju. Auu! Już choczet, swołocz. A-ja-jaj - skrzywił
się z bólu. - Wot tut pieczot. Oj, matuszka moja! Hospodi! - chwycił się
za pierś i szybko dopadł swej ppodręcznej apteczki, zwanej przez chłopców
herbapolem. Miał w niej wszystkie możliwe zioła i krople z Health Store.
Zażył ich kilkanaście i roztarł zbolałą pierś,
- Gnietiot, kak gnietiot,
pany! Ja ledwie dyszu - poskarżył się.
- To zdychaj! Jak Szura
rura, niech umiera! O jednego durnia będzie mniej! - wściekł się Żywiec.
- Podłączyła go do cyca i gniecie! A ten tumon jej wierzy! Wierzy w te
średniowieczne gusła! Stuknij ty się w łeb, idiotol Jak można być takim
tumanem?! I dać się tak opętać przez zabobon w erze kumputeral To przecież
trzeba mieć kuku! - uderzył się w czoło, daremnie apelując do resztek rozsądku
Szary. Riebakow spojrzał na niego martwym okiem pokiwał pokornie głową
i powtórzył:
- Ty praw, Mark, absolutno
- ale wiadomo było, że zrobi tak, jak mu jego demon małżeński każe.
- To poddaństwo doprowadzało
do szewskiej pasji ciastowego -- ciągnął Leszek. - Pienił się jak prawdziwe
piwo, nie mogąc znieść, żc ten potężny chłop tak ulega swojej babie. To
po prostu nie mieściło mu się w głowic. W sumie bowiem lubił Szurę. Sądził,
że durak, ale poczciwiec, chłop z kościami, wszystko by człowiekowi oddał.
Pragnął więc go wyrwać z rąk tej wiedźmy. Wszyscy chcieliśmy mu pomóc.
Ale Szura sam sobie szkodził. Głuchy na wszystkie nasze rady. To co zrobisz?!
Nic - Leszek wzruszył ramionami.
- Z tym lubieniem to chyba
nie tak. Załoga piekarni mu zdrowo dapiekłu - wtrąciłem. - Wciąż przybiegał
przecież na skargę z płaczem. Chciał nawet odejść z pracy...
- Zgadza się- przyznał Leszek.
- Ale to było dawniej. Przy tamtej załodze. Z Medalikiem i Walcmistrzem
na czele. Od czasu jednak gdy udeszli, a ja Żywcowi i Kubie zagroziłem,
że jak będą się znęcać nad Szarą, to ich wyrzucę, te ataki ustały.
- Poza gwałtem w Odessie
- przypomniałem.
- Gwałt był swoistym odwetem
za gieroja "Ontario Brcad Company". Tego
już chłopcy psychicznie
nie wytrzymali - zaśmiał się. - Poczuli się do głębi dotknięci w swej narodowej
dumie. To trzeba zrozumieć...
- Jasne.
- Szura zawsze mocno przeżywał
swe domowe dramaty. Zwierzał się z nich non stop. Tym razem jednak zamilkł.
Popadł w stan frustracji i manii prześladowczej. W napięciu oczekiwał na
cios. Strzałę, którą wszechmocna Zorica wypuści ze swego czarnoksięskiego
łuku. Pierwszy raz bowiem, jak się później okazało, stanął dęba i nie wykonał
jej rozkazu. Spodziewał się więc najgorszego. Poważnie zaczęliśmy się o
niego bać. To był inny Szura. Zmienił się na twarzy. Niknął w oczach. Wychudł,
sczerniał, nic nie mówił. Po piekarni snuł się jak cień.
- Co z tobą, Szura?! Opanuj
się! Przegarujesz mi ciasto! - krzyknąłem w końcu.
- Nie przegaruję, "bas"
- odpowiedział martwo.
- Już jesteś przegarowany.
I klapnięty. Ja takiego klapniętego chleba jak ty nie chcę! Rozumiesz?!
Nie bądź zakalec! -próbowałem go rozerwać.
- Nie budu zakalec. Wsio
under control - zapewnił na baczność.
Czułem jednak, że Szura
przeżywa męki. Szarpie się i dłużej tego nie zniesie. Mamrocze, żegna się
nabożnie i na próżno odgania złe moce, które ona na niego zsyła. Najgorsze,
że wierząc w nie święcie, staje się jej coraz bardziej uległy. I to było
"błędne koło ratunkowe. Dzielny matros szedł na dno, a my całą załogą
nie mogliśmy go wyciągnąć z psychicznego dołka. Oderwać od tej Zoricy.
A zaczęło się dość niewinnie.
I typowo. Szura zszedł ze statku w Halifaksie i za wszelką cenę chciał
zostać w Kanadzie. Azyl polityczny odpadał. Czas wybierania wolności skończył
się i pozostała już tylko niewola małżeńska. Chętnie w nią popadł. Uznał,
że ożenek jest najprostszym wyjściem. Zorica miała obywatelstwo kanadyjskie,
a o to szło. Co prawda starsza była od niego, przygruba i niezbyt ładna,
ale przymknął oczy. Pocieszał się, że piękno Kanady wkrótce mu to wynagrodzi.
Liczył, że jak tylko otrzyma landed immigrant i insurance number, to puści
babę w trąbę i będzie mógł pełną garścią korzystać z uroków Kanady. Tymczasem
ona zadała mu urok i jej czar okazał się silniejszy. Biedny Szura drżał
teraz o własne życie, błędnie snując się po piekarni. Magnetyczne bioprądy
żony raziły go w samą pierś. Ulegał im jak lunatyk. Ona też zabierała mu
wszystkie zarobione pieniądze. Była na nie bardzo pazerna... Na próżno
staraliśmy się go wyrwać z jej zaklętego kręgu. Zorica nie myślała się
go wyrzec. Batalia o duszę Szury z jego demoniczną małżonką doszła w tym
dniu do zenitu. Pytanie, kto kogo zmoże. My ją, czy ona nas...
- A kim właściwie jest ta
Zorica?! - spytałem.
|